MŁODZI MĘŻCZYŹNI

Młodzi mężczyźni współzawodniczyli w usiłowaniu wdrapania się na okorowane i na­smarowane świńskim smalcem drzewa, na których szczycie umieszczono trofea. Do świąt należą często zawody sportowe, które służą do zrytuałizowanego odprowadzenia agresji. Nasze festyny strzeleckie spełniające zadanie zbratania na szczeblu rodu bądź wsi, mają ten sam charakter. Pije się przy tym, ucztuje i demonstruje kim się jest, odpowiednio uwidoczniając własną osobę.Eksponowanie swoich walorów prowadzi nieraz do osobli­wych wybujałości. Gospodarze i goście często próbują prześcig­nąć się w rozrzutności. Najbardziej chyba wynaturzony rozwój wykazywały festyny u Indian Kwaikutl na wyspie Van- couver (Ameryka Północna). Święto zwane Potlacz służyło głó­wnie demonstracji własnej przewagi nad zaproszonymi gośćmi. Zapraszający naczelnik sławił siebie samego w śpiewie, nie wa­hając się przy lym wyszydzać gościa jako nędznego dziada .

ISTOTNE ELEMENTY

Tak więc w rytach tych widzimy ponownie istotne elementy powital­nego zachowania się.Najrozmaitsze ludy świętują analogiczne festyny, podczas których mężczyźni zawierają przymierza. Są one zawsze związa­ne z demonstrowaniem agresywnej postawy i ze wspólnym ucztowaniem. Podczas święta na wyżynie Nowej Gwinei przeży­łem ciekawe doznania, kiedy w dolinie środkowego Wahge ze­brało się kilka tysięcy Papuasów. Na wstępie tańczyli mężczyźni, uzbrojeni, zdobni w pióra rajskich ptaków i pomalowani różnymi kolorami. Ogołocili z roślinności długi na kilkaset metrów plac do tańca, który zdobywali szturmem podczas pląsów. Na przodzie kroczyła grupa doboszów, a w ślad za nimi kilkuset tancerzy, fantastycznie przystrojonych i wywijających długimi drewniany­mi dzidami, którzy tupiąc nogami o ziemię, przy każdym kroku silnie szurali stopami do tyłu, tak że ziemia i kamienie pryskały im spod pięt, a całą scenerię przesłaniał kurz. Była to demon­stracja agresywna i porywająca. Dobosze wydobywali ze swych ręcznych bębenków ogromny, głucho rozbrzmiewający hałas. Roz­poczynali niemal jednocześnie i jednocześnie też urywali. Na­stępnie wojownicy przykucali na ziemi na krótki odpoczynek, by przy następnym werblu w dalszym ciągu szturmować tańcem plac, gdzie wokół małego krągłego domku duchów leżały na ziemi zabite przed świętem świni, nastąpiła wielka uczta, podczas której zjedzono kilkaset świń.

DARY DLA GOŚCI

Następnego ranka ponownie zebrała się grupa kobiet i męż­czyzn na wspólną uroczystość żałobną. Skarżyli się i płakali w sposób rozdzierający serce. Kobiety szlochając trzymały w górze urny tykwowe z popiołami ich bliskich po czym poda­wały je siedzącemu pośrodku naczelnikowi. Ten rozbełtywał po­pioły w bananowej zupie podając ją następnie do wypicia mło­demu wojownikowi. W ten sposób, we wspólnej ceremonii ża­łobnej, spożywali oni popioły swych współplemieńców. Zaraz po tym mężczyźni zażywali yopę i wspólnie tańczyli, by pod koniec przez parę minut przykucnąć parami naprzeciwko siebie, obej­mować się i jeszcze raz — już wszyscy jednocześnie — wyśpie­wać zawarte kontrakty.Tymczasem kobiety bananowymi liśćmi pokryły placyk i roz­łożyły na nim kosze z owocami wilhelmki wytwornej, bananami, wędzonymi pancernikami, małpami, krokodylami, ptakami i in­nymi zwierzętami. Były to dary dla gości, którzy ze swej strony również rozdawali prezenty. Ponieważ mieszkali w pobliżu misji, ofiarowywali pasy tkanin, maczety itp. Następnie załadowali sobie na plecy otrzymane dary, i tak ciężko objuczeni, odeszli. Święto palmowych plonów u Waików służy wzmocnieniu więzi. Co ciekawe, cel ten osiąga się tu wspólnym jedzeniem i wzajemnym obdarowywaniem, wymianą przyrzeczeń i wspólną żałobą, a ponadto wzajemnym imponowaniem podczas tańca.

W LITERATURZE

W lite­raturze nie znalazłem jakiegokolwiek tłumaczenia — przytaczam więc urywek tym bardziej, że wyrażano już przypuszczenie jakoby śpiewy te zawierały fragmenty dłuższych „mitologicz­nych” tekstów. Ale owe „mitologiczne” teksty mocno trzymają się ziemi i są realistyczne, jak to widać z niżej cytowanego prze­kładu. W tym dialogu przemawia zaproszony — mężczyzna z Patanoueteri. Zapraszający odpowiadał na każde zdanie opisanymi już krótkimi dźwiękami, które tu zaznaczam tylko przy pierw­szych zdaniach, później jednak opuszczam.Gość rozpoczyna: „Będę mówił” — (Gospodarz mruczy) — „Jesteśmy przyjaciółmi” — (Gospodarz mruczy) — „Mówię prawdę” — (Gospodarz mruczy itd.). „Jesteśmy biedni bo miesz­kamy daleko, wy jesteście bogaci bo mieszkacie w pobliżu cudzo­ziemskiej misji / Tu są Mapejomas, salezjańskie zakonnice i Nape, świecki brat Iglesias. / Oni dają wam wiele rzeczy. / My nie mamy nikogo od kogo moglibyśmy domagać się rzeczy; ci natomiast dają wam maczety, garnki, hamaki, odzienie, szklane paciorki.” Pauza „Do nas, Patanoueterów, przyszli Pissasaiterio- wie, zostaliśmy ostrzelani (strzałami z łuków), oni są bardzo roz­wścieczeni i źli. Zabili jednego naszego mężczyznę i moją żonę. Jestem przez to bardzo smutny i bardzo zły”.

WZMACNIANIE WIĘZI

Aż dotychczas święto służyło wzmocnieniu więzi na szczeblu wsi, gdyż świętowano wspólnie. Z nastaniem ciemności rozwinęła się wszakże nowa faza festynu. Wszyscy wycofali się do swoich hamaków, ognie wygaszono, a rozmowy umilkły. Nagle ciszę nocną przerwała krzykliwa wymiana zdań dwóch mężczyzn, któ­ra zwolna przeszła w śpiewaczy dialog. Zaczęło się od tego, że jeden z gości wypełznął ze swego hamaka i przemówił. Odpo­wiedział mu krótko mężczyzna z wioski gospodarzy, który rów­nież wyszedł z hamaka i przykucnął obok swego rozmówcy. Teraz rozmowa przeszła w niezbyt melodyjny śpiew. Gość po­czątkowo wyśpiewywał całe zdania, potem już raczej tylko strzępy słów, a gospodarz na każde zawołanie odpowiadał krót­kim melodyjnym chrząkającym szmerem, który można oddać jako coś podobnego do bezdźwięcznego, trzykrotnie szybko po­wtarzanego „m, m, m”. Śpiew trwał dobre pół godziny, a w miarę upływu czasu śpiewak coraz silniej gestykulował. Po pewnym czasie role się zmieniły, a wreszcie obaj wyrzekli kilka słów po czym wpełzli do swych hamaków. Ledwie ci skończyli, kiedy dwaj inni rozpoczęli swój z kolei dialog śpiewaczy, opanowałem wprawdzie miejscowego języka i nie rozu­miałem treści śpiewów, jednak zarejestrowałem je na taśmie magnetofonowej, a Padre Berno z misji OO. Salezjanów był tak  miły, że przełożył mi większe odcinki. Mamy tu do czynienia z rytem zwanym Uayamou, co można by przetłumaczyć jako „mówiony kontrakt”. W śpiewie owym wymienia się obietnice — a więc werbalne dary — i słowne zapewnienia przyjaźni.

ŚWIĘTOWANIE

Na zakończenie wstępnego tańca kilka dziewcząt odbyło w podskokach taneczną rundę, wywijając wysoko wzniesionymi liśćmi palmowymi. Po tym goście rozwiesili swoje hamaki po­między hamakami gospodarzy i zaraz się w nich pokładli. W cią­gu popołudnia tworzyły się małe grupki, które wraz z gospoda­rzami zażywały yopę. Jest to bardzo silny, trujący narkotyk mający postać brunatnawego proszku, który rurką wdmuchiwa­ny bywa partnerowi wysoko do jamy nosowej. Działanie jego jest zadziwiające: zażywający początkowo gwałtownie kurczy się w sobie, jakby go przebiegał prąd elektryczny, drapie się w głowę, a z jego nosa zaczyna się obficie wydzielać śluz. Nie­kiedy dochodzi też do torsji. Po pewnym czasie środek zaczyna działać, wzbudzając wrażenie pozornej krzepy i wzmożone samo­poczucie. Oszołomiony tańczy, śpiewając, aż do zupełnego wy­czerpania. Specyfik nie działa zresztą długo. Późniejszym popo­łudniem z kolei gospodarze przystroili się i tańczyli, ale od razu w większych grupach. Tymczasem kobiety ugotowały bananową zupę, którą goście i gospodarze jedli ze wspólnej niecki z kory — oczywiście tylko mężczyźni. Tak, jak i dotychczas, kobiety nie występowały na pierwszy plan. Zasadniczo święto było sprawą mężczyzn, do czego jeszcze powrócimy. Wyjątkiem była mała uroczystość żałobna, odprawiona wieczorem i następnego ranka. Po wspólnym kołowym tańcu pod koniec dnia opłakano zmarłych w ciągu ostatniego roku. Kobiety z obu wsi skupiły się wokół naczelnika gospodarzy. Lamentowały i opłakiwały zmarłych obu wsi. Wykazywano wzajemne współczucie, co działało wiążąco przez wspólny ból.

PODSTAWOWE FUNKCJE SPOŁECZNEGO ZACHOWANIE SIĘ

Wielu wystąpiło w wojennym umalowaniu i wy­machiwało strzałami i łukami. Tupiąc z wypiętą piersią i boha­terską miną, imponowali gospodarzom. Swą dziarską postawą manifestowali, że są nie byle jakimi zuchami, z którymi przyjaźń niewątpliwie się opłaca — zasadę tę poznaliśmy już przy oma­wianiu powitania grożącego. Jednakże imponowanie i demonstro­wanie broni wyzwala agresję, którą trzeba złagodzić. Tu działo się to za pośrednictwem dziecka: z tyłu za chełpiącym się wo­jownikiem z reguły tańczyło dziecko, które wywijało trzymany­mi w rękach rozstrzępionymi liśćmi. Obie podstawowe funkcje ludzkiego społecznego zachowania się — imponowanie i łago­dzenie zjednoczyło się tutaj w sugestywnym obrazie . Na przemian z uzbrojonymi wojownikami występowali tancerze bez oręża, wymachujący pękami zielonych liści. Nie wiadomo, jakie jest pochodzenie tej ceremonii, jest jednak uderzające, że w najrozmaitszych kulturach demonstrowanie zielonych części roślin stosuje się dla zaakcentowania pokojowych zamiarów. Przypomina to pokazywanie budulca na gniazdo przez tokujące i witające ptaki. Czegoś podobnego nie spotykamy natomiast wśród najbliżej z nami spokrewnionych prymatów.

KOLEJNY DZIEŃ PODRÓŻY

Zdążyłem jeszcze tylko zawołać: „Uwaga, wąż!” — Elke podskoczyła jakby ją ukąsiła tarantula i wylądowała najpierw jedną, a potem drugą nogą, wprost na gadzie, który na szczęście chciał jedynie uciec i gwałtownie się wił. Nigdy jeszcze nie widziałem, aby ktoś tak szybko podskakiwał w jednym miejscu. Wreszcie wąż umknął i dlatego nie wiem do dziś, na jakim gatunku Elke tańczyła. Praw­dopodobnie był on zupełnie nieszkodliwy, nam wszakże po tej przygodzie zrobiło się nieco mniej wesoło.Drugiego dnia podróży po południu wyszło na nasze spotka­nie poselstwo ze wsi, która miała nas gościć. Przewodnik naszej grupy i mężczyzna ze wsi gospodarzy przykucnęli na ziemi na­przeciw siebie i każdy z nich gestykulując wygłosił mowę, z któ­rej nic nie zrozumieliśmy. W rezultacie rozbiliśmy w tymże miejscu nocne obozowisko i dopiero następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę w stronę wsi. Gospodarze ugościli nas wieczorem , obficie, podając gotowane owoce palmy, wędzone małpy i ptaki.Następnego ranka doszliśmy prawie do samej wsi i tam zo­staliśmy ponownie ugoszczeni. Teraz nasi ludzie przystroili się, przy czym punktami, kółkami i falistymi liniami pomalowano nawet dzieci i psy ,kiedy wszyscy się stroili, udaliśmy się w cieniste miejsce w wiosce i oczekiwaliśmy biegu wypadków.

WĘDRUJĄCA GRUPA

Widywałem później, że i inne matki w taki sposób rozchmurzały swe męskie oseski. Podczas tej długiej podróży łodzią tylko jeden raz zauważyłem gniewną reakcję. Kiedy niemowlę podczas zabawy zmoczyło swego bra­ciszka, ten zmarszczył twarz z miną obrzydzenia i złości, oddając dziecko matce. Kiedy mały ponownie ku niemu raczkował — odepchnął go. Nie trwało to jednak długo — po kilku minutach znów bawili się razem, a ojciec również żartował z dziećmi.Wielokrotnie mijaliśmy mielizny, przy których łodzie zatrzy­mywały się. Wszyscy ryli w piasku w poszukiwaniu żółwich jaj. Wielka była radość, gdyśmy je znajdywali.Przed nastaniem ciemności rozbiliśmy w lesie obozowisko. Podszycie wycięto, rozpięto hamaki i rozniecono małe ogniska. Każda rodzina skupiła się przy własnym ogniu. Wyglądało to bardzo przytulnie na tle ciemnej nocy. Nie zdarzało się nigdy, aby wszyscy spali równocześnie — wciąż na nowo ktoś wołał w mrok, a ktoś inny mu odpowiadał. Wydawało się mi, że tym sposobem dodawali sobie wzajemnie odwagi. Wędrująca grupa Waików zawsze musi się wszak liczyć z możliwością napadu » i z lego też powodu podróżują oni zawsze zbrojnie.Po śniadaniu kontynuowaliśmy podróż łodziami, ale tylko na krótkim odcinku, po czym ruszyliśmy pieszo przez las, ścieżyną, której my nawet nie dostrzeglibyśmy. Nasi towarzysze podróży dążyli jednak po niej bezbłędnie, a my szliśmy za nimi. Elke zdjęła dla wygody marszu obuwie, ale nie powinna była tego czynić. Wypłoszyłem mianowicie węża, który ze strachu skoczył między moimi nogami ku tyłowi wprost na Elke.

ŁAŃCUCH KOLEJNOŚCI

Szybko posuwaliśmy się naprzód dzięki otrzymanym z misji przyczep­nym motorom. W ciągu całej podróży nasi gospodarze byli wobec siebie przyjaźni, a większość czasu spędzali na kolejnym iskaniu się. Już to mąż iskał żonę, już to kładł głowę na jej ko­lanach i sam był przez nią iskany. Niekiedy powstawał prawdzi­wy łańcuch kolejności: ojciec iskał matkę, matka — pięcioletnie­go syna, a ten bawił niemowlę. To, co wyiskał, mąż kładł na wyciągniętej dłoni żony, jako przysmak, ona natomiast nie dzie­liła się z nim, ale natychmiast sama zjadała zdobycz. Obszukiwała również ciało swego małżonka i wygryzała zębami drobne nieczystości skóry. Co pewien czas pożywiali się i z przyjazny­mi uśmiechami częstowali również nas. Nieskomplikowanymi gestami pytali nas, czy również mamy takie dziecko i zapewne dziwili się w duchu, że my się wzajemnie wcale nie iskamy. Nie­mowlę było ośrodkiem zainteresowania. Jeśli akurat nie było karmione albo wysadzane za burtę dla załatwienia swych drob­nych spraw, rodzice i brat bawili je. Matka potrafiła je rozśmie­szyć, przyciskając mocno usta do jego brzucha i dmuchając z ca­łych sił. Kiedy dziecko wydawało krzyki radości, spoglądała dumnie wokoło. Co jakiś czas smoktała też jego penis, co nie­kiedy czynił również braciszek.